poniedziałek, 11 marca 2013

Kim są dzieci sieci?

Piotr Czerski
16 marca 2012

Kim są dzieci sieci?

Do analogowych

Dla nas, dzieci sieci, najważniejszą wartością jest wolność: słowa, dostępu do informacji, kultury. Potrzebujemy systemu, który by spełniał nasze oczekiwania.
Nie ma chyba drugiego słowa tak wyświechtanego w medialnym dyskursie jak „pokolenie”. Próbowałem kiedyś policzyć pokolenia proklamowane w ciągu ostatnich 10 lat, od czasu głośnego tekstu na temat tzw. Generacji Nic. Było ich bodaj 12. Łączyła je jedna cecha: istniały wyłącznie na papierze. Rzeczywistość nie dostarczyła nam w tym czasie żadnego realnego, znaczącego, niedającego się zapomnieć impulsu, którego wspólne i nieuniknione przeżycie stałoby się czynnikiem odróżniającym nas trwale od poprzednich generacji.
Wyglądaliśmy go, tymczasem decydująca zmiana przyszła niepostrzeżenie. Wraz z oplatającymi kraj przewodami telewizji kablowych, wyparciem telefonów stacjonarnych przez mobilne, a przede wszystkim: powszechnością dostępu do Internetu. Dopiero dzisiaj, kiedy oglądamy się, aby spojrzeć na ostatnich 15 lat, możemy zrozumieć, jak wiele się zmieniło.
My, dzieci sieci, my, którzy dorastaliśmy z Internetem i w Internecie, jesteśmy pokoleniem, które przyjęte kryteria tego terminu spełnia niejako na odwrót. Nie doświadczyliśmy impulsu ze strony rzeczywistości, ale przekształcenia się samej rzeczywistości; nie łączy nas wspólny, ograniczony kontekst kulturowy, ale poczucie wolności jego wyboru i samodefinicji.
Pisząc te słowa, mam świadomość nadużycia, jakiego się dopuszczam, używając zaimka „my” – ponieważ nasze „my” jest płynne, nieostre, wedle starych kategorii: doraźne. Jeżeli piszę „my”, to znaczy „wielu z nas” albo „niektórzy z nas”. Jeżeli piszę „jesteśmy”, to znaczy „bywamy”. Piszę „my” tylko dlatego, żeby móc o nas w ogóle napisać.
My żyjemy w sieci
Dorastaliśmy z siecią. To nas odróżnia, to czyni nieoczywistą z waszej perspektywy, ale istotną różnicę: my nie surfujemy, a sieć nie jest dla nas miejscem czy wirtualną przestrzenią. Sieć nie jest dla nas czymś zewnętrznym wobec rzeczywistości, ale jej elementem. My nie korzystamy z sieci, my w niej i z nią żyjemy. Gdybyśmy mieli opowiedzieć wam, analogowym, nasz Bildungsroman: w każdym kształtującym nas doświadczeniu istniał naturalny pierwiastek internetowy. W sieci nawiązywaliśmy przyjaźnie i kłóciliśmy się, w sieci przygotowywaliśmy ściągi, tam umawialiśmy się na imprezy i wspólną naukę, zakochiwaliśmy się i rozstawaliśmy. Sieć nie jest dla nas technologią, której musieliśmy się nauczyć i w której udało nam się odnaleźć. Sieć jest procesem, który dzieje się i nieustannie przekształca na naszych oczach; z nami i przez nas. Technologie pojawiają się, a potem znikają, serwisy powstają i gasną, ale sieć trwa, bo sieć to my: komunikujący się ze sobą w naturalny dla nas sposób, bardziej intensywny i wydajny niż kiedykolwiek w historii ludzkości.
Wychowani w sieci myślimy trochę inaczej. Umiejętność znajdowania informacji jest dla nas czymś równie podstawowym jak dla was umiejętność odnalezienia w obcym mieście dworca albo poczty. Kiedy chcemy się czegoś dowiedzieć – jakie są pierwsze objawy ospy czy rachunek za wodę nie jest za wysoki albo dlaczego zatonęła „Estonia” – podejmujemy działania z taką pewnością, z jaką prowadzi się samochód wyposażony w nawigację GPS.
Wiemy, że potrzebne nam informacje znajdziemy w wielu miejscach, umiemy do nich dotrzeć, potrafimy ocenić ich wiarygodność. Przywykliśmy do tego, że zamiast jednej odpowiedzi znajdujemy wiele różnych i umiemy wyabstrahować z nich wersję, która jest prawdopodobnie najsłuszniejsza, odrzucając te, które sprawiają wrażenie mało wiarygodnych. Selekcjonujemy, filtrujemy, zapamiętujemy i jesteśmy gotowi wymienić zapamiętaną informację, kiedy pojawi się jej nowa, lepsza wersja.
Sieć jest dla nas czymś w rodzaju wspólnej pamięci zewnętrznej. Nie musimy zapamiętywać niepotrzebnych detali: dat, kwot, wzorów, paragrafów, nazw ulic, szczegółowych definicji. Wystarczy nam abstrakt, informacja ograniczona do swojej esencji, przydatnej w jej przetwarzaniu i łączeniu z innymi informacjami. Jeżeli będziemy potrzebowali szczegółów, sprawdzimy je w ciągu kilku sekund. Nie musimy także znać się na wszystkim, bo wiemy, gdzie odnaleźć ludzi, którzy znają się na tym, na czym my się nie znamy, i którym możemy zaufać. Ludzi, którzy podzielą się posiadanymi informacjami nie dla zysku, ale ze wspólnego dla nas wszystkich przekonania, że informacja chce być wolna, że na wymianie informacji wszyscy korzystamy.
Potrafimy i lubimy ze sobą konkurować, ale nasza konkurencja, pragnienie wyróżnienia się ufundowane są na wiedzy, umiejętności interpretowania i przetwarzania informacji, a nie na monopolu na nią.
Możemy płacić, ale...
Uczestniczenie w kulturze nie jest dla nas czymś odświętnym. Globalna kultura to podstawowy budulec naszej tożsamości, ważniejszy dla samodefinicji niż tradycje, narracje historyczne, status społeczny, pochodzenie, a nawet język. Z oceanu dóbr kultury wyławiamy te, które odpowiadają nam najbardziej – wchodzimy z nimi w dialog, oceniamy je, zapisujemy te oceny w specjalnie do tego celu stworzonych serwisach, które podpowiadają nam, jakie inne albumy, filmy czy gry powinny zyskać nasze uznanie. Niektóre filmy czy wideoklipy oglądamy jednocześnie z kolegami z pracy albo znajomymi z drugiej półkuli, uznanie dla innych dzielimy z garstką ludzi, których być może nigdy nie spotkamy w świecie rzeczywistym. Stąd wynika nasze poczucie jednoczesnej globalizacji i indywidualizacji kultury. Stąd wynika nasza potrzeba swobodnego dostępu do niej.
Nie oznacza to, że domagamy się, żeby wszystkie dobra kultury były dostępne za darmo, chociaż sami, tworząc coś, zwykle zwracamy to po prostu obiegowi. Rozumiemy, że – mimo rozpowszechnienia się technologii sprawiających, że jakość filmów czy nagrań dźwiękowych, zarezerwowana dotąd dla wyróżnionej kasty profesjonalistów, stała się dostępna dla każdego – twórczość wymaga nakładów środków i pracy. Jesteśmy gotowi płacić, ale gigantyczny narzut nakładany przez dystrybutorów wydaje nam się czymś w oczywisty sposób nieprzystającym.
Dlaczego mielibyśmy płacić za dystrybucję informacji, którą można błyskawicznie i perfekcyjnie skopiować, nie zmniejszając przy tym ani na jotę wartości oryginału? Jeżeli dostajemy samą tylko informację, chcemy, aby cena była do niej adekwatna. Możemy płacić więcej, ale chcemy otrzymać wówczas wartość dodatkową: ciekawe opakowanie, gadżet, wyższą jakość obrazu, możliwość rozpoczęcia oglądania tu i teraz, bez oczekiwania na pobranie pliku. Potrafimy wyrażać uznanie i chcemy wynagradzać autorów (kiedy pieniądze przestały być banknotami, a stały się szeregiem cyfr wyświetlanych na ekranie, płacenie nabrało nieco charakteru aktu wymiany symbolicznej, na którym obie strony coś zyskują), ale osiągnięcie przez korporacje wyników założonych w planach sprzedaży zupełnie nas nie interesuje. To nie nasza wina, że ich biznes w dotychczasowym kształcie przestał mieć sens, a oni, zamiast podjąć konkurencję i dotrzeć do nas z czymś więcej, niż możemy mieć za darmo, postanowili okopać się na dotychczasowych pozycjach.
I jeszcze jedno: nie chcemy płacić za swoje wspomnienia. Filmy, które pamiętamy z młodości, muzyka, która towarzyszyła nam 10 lat temu, w sieciowej pamięci są po prostu wspomnieniami, których przywoływanie, wymiana i przetwarzanie jest dla nas czymś tak oczywistym jak dla was wspominanie „Czterech pancernych”. Bajki, które oglądaliśmy w dzieciństwie, odnajdujemy w sieci i pokazujemy naszym dzieciom – tak samo jak wy opowiadaliście nam bajkę o Czerwonym Kapturku albo trzech koźlątkach. Czy potraficie sobie wyobrazić, że ktoś oskarżyłby was kiedyś z tego powodu o łamanie prawa? My też nie potrafimy.
Nie potrzebujemy pomników
Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nasze rachunki płacą się same, jeśli tylko dysponujemy środkami na koncie; że założenie konta bankowego albo przeniesienie numeru telefonu do innego operatora to kwestia wypełnienia jednego formularza online i podpisu na umowie podsuniętej przez kuriera; że nawet podróż na drugi koniec Europy, z międzylądowaniem i zwiedzaniem miasta w połowie drogi, można zorganizować w dwie godziny. Jako użytkownicy państwa jesteśmy więc coraz bardziej zirytowani archaicznością jego interfejsu. Nie rozumiemy, dlaczego zeznanie podatkowe składa się z kilku formularzy, z których główny ma ponad sto pól. Nie rozumiemy, dlaczego – absurdalny sam w sobie – obowiązek zameldowania się w jednym miejscu wymaga uprzedniego wymeldowania się w innym, jak gdyby jeden urząd nie mógł porozumieć się w tej sprawie z drugim bez naszego udziału.
Nie ma w nas tej wynikającej z onieśmielenia pokornej akceptacji, jaka cechowała naszych rodziców, przekonanych o nadzwyczajnej wadze spraw urzędowych i odświętnym charakterze interakcji z państwem. Nie czujemy tego respektu, który brał się z odległości między samotnym obywatelem a majestatycznymi szczytami władzy. Nasza wizja struktury społecznej jest zresztą inna niż wasza: sieciowa, a nie hierarchiczna.
Przywykliśmy do tego, że niemal z każdym – dziennikarzem, burmistrzem miasta, profesorem uniwersytetu albo znanym piosenkarzem – możemy spróbować podjąć dialog i nie potrzebujemy do tego uprawnień wynikających ze społecznego statusu. Powodzenie interakcji zależy tylko od tego, czy treść przesyłanego komunikatu zostanie rozpoznana jako ważna i warta odpowiedzi. A skoro dzięki współpracy, ciągłej dyskusji, hartowaniu poglądów w ogniu krytyki mamy poczucie, że nasze stanowiska w wielu kwestiach są po prostu lepsze, dlaczego nie mielibyśmy oczekiwać poważnego dialogu z rządem?
Jesteśmy pozbawieni nabożnego stosunku do „instytucji demokratycznych” w ich obecnym kształcie, przekonania o ich aksjomatycznej roli, cechującego tych, dla których „instytucje demokratyczne” są jednocześnie wystawionym sobie i przez siebie pomnikiem. My nie potrzebujemy pomników. Potrzebujemy systemu, który będzie spełniał nasze oczekiwania: będzie transparentny i sprawny w działaniu. A przywykliśmy do tego, że zmiany są możliwe: że każdy system niewygodny w obsłudze może być zastąpiony przez bardziej wydajny, lepiej dostosowany do naszych potrzeb, dający większe możliwości działania.
Najważniejszą dla nas wartością jest wolność: słowa, dostępu do informacji, kultury. Mamy poczucie, że to dzięki tej wolności sieć jest tym, czym jest, i że obrona jej wolnościowego kształtu jest naszym obowiązkiem wobec kolejnych pokoleń, takim samym jak ochrona środowiska naturalnego.
Być może nie nazwaliśmy tego dotąd, być może jeszcze sami nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale tym, czego chcemy, jest chyba po prostu prawdziwa, realna demokracja. Demokracja, o której być może nie śniło się nawet waszym publicystom.
Tekst na licencji CC BY-SA 3.0
Piotr Czerski (rocznik 1981) – pisarz, felietonista związany z kwartalnikiem „Ha!art”, współzałożyciel zespołu Towary Zastępcze, autor książek „pospieszne, osobowe” i „Ojciec odchodzi”.

EkoGrupa - E-jedzenie.

Przemek Berg dla POLITYKA.PL
27 lutego 2013

Konserwanty, stabilizatory, emulgatory... Czy dobrze wiemy, co jemy?

E-jedzenie

Stabilizatory, emulgatory i konserwanty, barwniki oraz polepszacze smaku. Substancje dodatkowe w produktach spożywczych – tak brzmi ich fachowa nazywa. Jest ich ponad 1500, zjadamy je codziennie i nie do końca wiemy, jaki mają wpływ na nasze zdrowie.
Dużo się o nich mówi i pisze, często emocjonalnie. Powszechnie uważa się na przykład, że stosowanie w  produktach spożywczych dodatkowych substancji  – oznaczonych symbolem „E” (z numerem) – służy podniesieniu atrakcyjności i świeżości tych produktów. Że mają one lepiej smakować, lepiej wyglądać i pachnieć oraz dłużej nadawać się do jedzenia i przez to bardziej przyciągać klientów.
Rodzą się więc wątpliwości, czy na pewno taki kawałek wędliny lub sera sam w sobie nie jest wystarczająco smaczny i trzeba ten smak jeszcze ulepszać? Albo: dlaczego coś, co mamy zjeść, musi mieć koniecznie przydatność aż wielotygodniową lub nawet wielomiesięczną? Być może wcale nie musi tak być,  a w związku z tym wszystkie te „E” są kompletnie niepotrzebne. Zwłaszcza, że oznaczają często substancje chemicznie przetworzone, niekiedy nawet zupełnie sztuczne, które w nadmiarze z pewnością mogą szkodzić lub uczulać.
Niestety, jest tak, ale tylko do pewnego stopnia. Niektóre „E” rzeczywiście głównie dosmaczają lub dobarwiają serki, lody, jogurty, musy czy sosy – i te „E” należałoby piętnować – ale większość jest stosowana po to, by produkt w ogóle mógł zaistnieć w formie, jaką znamy i do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Bez wielu „E” masowa produkcja żywności w ogóle nie byłaby możliwa, a to ona jest podstawą wyżywienia milionów ludzi na całym świecie.

Jak ulepić margarynę

To wie każdy. Ma zawsze ten sam kolor, smak, zapach i konsystencję. Dość dobrze się rozsmarowuje. Ponoć lepiej smakują z nią kanapki. Żeby jednak taka margaryna mogła w ogóle powstać, trzeba ją odpowiednio przygotować. W większości produktów spożywczych, i tak jest w przypadku margaryny, łączone są ze sobą substancje, które w naturze w ogóle się nie łączą lub łączą się z wielkim trudem – na przykład woda i tłuszcze. Te drugie stanowią zresztą podstawę, bazę, bardzo wielu przysmaków. By je w ogóle połączyć, należy użyć stabilizatorów (wszystkie „E” o numerach od 400 do 499). Potem trzeba dodać emulgatorów (mają tę samą numerację), które pozwalają utrzymać je w tym połączeniu. Dotyczy to substancji z natury trudno się łączących (np. wody i tłuszczy). Wreszcie, gdy już mamy produkt, który ma wejść na rynek, trzeba mu zapewnić odpowiednio długą przydatność spożywczą. Służą do tego tzw. konserwanty (wszystkie „E” od 200 do 299) oraz przeciwutleniacze (od 300 do 399).
Wymóg przedłużonej trwałości i przydatności nie jest wcale podstępnym wymysłem specjalistów od produkcji serów, wędlin czy ciast. Ci, być może w ogóle chętnie by z nich zrezygnowali, ale nie bardzo mogą. To efekt rozwoju cywilizacji i wielkości populacji ludzkich. Bo tylko masowa, wielkoprzemysłowa produkcja żywności jest w stanie wyżywić ogromne rzesze ludzi na  świecie. Firmy produkujące żywność to z reguły wielkie przedsiębiorstwa, które produkują gigantyczne masy produktów spożywczych rozsyłanych często po całym świecie. Artykuły te muszą mieć przedłużoną przydatność do spożycia, ponieważ w innym wypadku produkcja spożywcza – w skali masowej – byłaby zupełnie nieopłacalna, a czasem nawet niemożliwa. I stąd większość „E”  w kupowanym jedzeniu. Żeby taka margaryna w dużej ilości w ogóle powstała i przypominała zawsze tę samą margarynę po przetransportowaniu na drugi koniec świata musi mieć, niestety, pewne sztuczne dodatki. Inaczej tego się zrobić nie da.
Wyjaśnia specjalista ds. żywności i żywienia,  Alicja Walkiewicz z Instytutu Żywienia i Żywności w Warszawie: - Należy pamiętać, że wiele stosowanych dodatków to nie są substancje syntetyczne, lecz naturalne. Np. glutaminian sodu (wzmacniacz smaku i zapachu) naturalnie występuje w serach, pomidorach czy drożdżach, a kwas benzoesowy (konserwant) w jagodach czy malinach. Oczywiście, stosuje się też syntetyczne, np tartrazynę (czyli E-102, to barwnik). Generalnie, kiedyś – jeszcze 20 lat temu – dodatków do żywności stosowało się mniej. Obecnie w krajach Europy, w użyciu jest ich ponad 300. Ale już w USA znacznie więcej. Im bardziej przetworzona żywność, tym jest ich więcej. Dlatego należy unikać produktów wysoko przetworzonych, kupować surowce i samemu przyrządzać z nich potrawy. Lub szukać produktów ekologicznych. Te jednak są znacznie droższe od produkowanych masowo.

Konserwanty i arachidy

Poza stabilizatorami i emulgatorami w kupowanej żywności zwykle sporo jest konserwantów i przeciwutleniaczy, jeśli tylko to, co kupujemy ma dłużą przydatność do spożycia niż kilka dni. Mają one nie tylko przedłużać świeżość produktów, ale też hamować w nich rozwój drobnoustrojów szkodliwych dla zdrowia – drożdży, pleśni czy bakterii. Kwas benzoesowy, kwas mrówkowy, nizyna, kwas sorbowy, czy wreszcie azotany sodu i potasu. Te ostatnie, stosowane szczególnie w serowarstwie i przetwórstwie mięsnym, chociaż chronią produkty spożywcze przed rozwojem bakterii beztlenowych, same są niebezpieczne. Mogą bowiem wchodzić w niekorzystne, np. dla systemu trawiennego, reakcje z białkami kwasu żołądkowego, a poza tym mają zdolność nadmiernego utleniania niektórych witamin. Z kolei benzoesan sodu niekorzystnie łączy się z niektórymi barwnikami dodawanymi do produktów i może być niebezpieczny dla dzieci. Na przykład wywoływać u nich nadpobudliwość, podobną do występującej w syndromie ADHD.
Na opakowaniach wielu produktów można też znaleźć tajemniczą informację, że może on – co wcale nie jest pewne – zawierać  śladowe ilości orzechów arachidowych. Nie jest napisane, że zawiera, a tylko, że może zawierać. Tak naprawdę chodzi tu o substancje będące częstymi alergenami, które występują właśnie szczególnie w orzechach arachidowych. Tam, gdzie produkuje się wiele rodzajów żywności na kilku liniach produkcyjnych, drobiny tych substancji mogą znajdować się w powietrzu i przedostawać z jednego produktu na drugi.  Stąd – na wszelki wypadek – informacje na opakowaniach o ewentualnych możliwych śladach orzechów arachidowych. Producent ma prawo użyć takiego ostrzeżenia, nawet bez stuprocentowej pewności, że substancje te w danym produkcie w istocie się znajdują. To sygnał ostrzegawczy przede wszystkim dla alergików.

Amarantowe lody

Jeśli to, co ma być zjedzone jest amarantowe lub koloru wściekłego różu albo w regularne paski – możemy mieć pewność, że mocno pochylił się nad tym jakiś spożywczy malarz. Jeśli kupowany łosoś jest fluorescencyjnie pomarańczowy, to lepiej mu się – przed podaniem na stół – dokładniej  przyjrzeć. Wprawdzie świeżych ryb w Europie nie wolno niczym barwić, ale podczas hodowli można, przez dobór odpowiednich pasz, wpływać na ich wygląd. Zbyt pomarańczowy łosoś musiał być karmiony paszą z dodatkiem czegoś.Barwniki i rozmaite ulepszacze są stosowane w produkcji żywności nagminnie. Te pierwsze są oznaczane symbolem „E” od 100 do 199, te drugie od 600 do 699.  Właściwie służą głównie temu, by uatrakcyjnić wygląd, smak i zapach produktów spożywczych. Można by z nich w ogóle zrezygnować, producenci starają się jednak przyciągać konsumenta na wszelkie sposoby. Generalnie – same z siebie w odpowiednich dawkach nie są zbyt szkodliwe, jednak mogą wchodzić w niekorzystne reakcje z innymi dodatkami, np. konserwantami lub utleniaczami i wtedy ich obecność przestaje być obojętna (jak w przypadku benzoesanu sodu, który właśnie w połączeniu z barwnikami może niekorzystnie wpływać na dzieci).
Zresztą, wspomniany amarant (E-123) – spożywczy barwnik smołowy – jest w USA od 1976 zabroniony do stosowania w produkcji żywności, kosmetyków i leków (nieżyty dróg oddechowych, ryzyko dla kobiet w ciąży); w produktach dostępnych w Europie można znaleźć jego ślad w  galaretkach, napojach niskoalkoholowych czy kawiorze. Generalnie – jest wycofywany. Dlatego producenci często starają się stosować tzw. dodatki synergistyczne, a więc różne substancje o podobnym działaniu, przez co każdej można użyć w mniejszej – i tym samym mniej szkodliwej – dawce.

Szybka zupka

W krajach Unii Europejskiej, i w każdym kraju Europy z osobna, istnieje co najmniej kilka instytucji, których celem jest monitorowanie składu produktów spożywczych – w tym badanie zawartych w nich dodatków specjalnych – i natychmiastowe reagowanie w sytuacji, gdy zawierają zbyt duże dawki „E” (przekraczające tzw. dzienną normę spożycia) lub gdy zastosowana substancja jest ewidentnie  szkodliwa. To nie zmienia jednak faktu, że obecnie nie wiemy dokładnie, jakie skutki zdrowotne może mieć w dłuższej perspektywie masowe stosowanie – i przyjmowanie – rozmaitych konserwantów i ulepszaczy. Nie wiadomo też, czy nie wpłynie na zdrowie przyszłych pokoleń. Prawdą jest powiedzenie, iż „jesteśmy tym, co jemy”, ale jest to prawda tylko częściowa. Wiadomo bowiem już dzisiaj, że rodzice przekazują dzieciom informacje o swoim zdrowiu, odżywianiu i warunkach środowiska, w którym przebywają, drogą  zmian epigenetycznych. Nasze przyszłe dzieci otrzymują te informacje w chwili poczęcia i dziedziczą cechy bez zmiany genów. Jesteśmy więc niemal w takim samym stopniu tym, co jemy jak i tym, co jedli nasi rodzice, a nawet dziadkowie. Dlatego dietetycy i specjaliści od żywienia jak mantrę powtarzają, że zasady zdrowego żywienia i troska o jak największe urozmaicenie diety są kwestią najwyższej wagi.
Dlatego też obecna moda na żywność ekologiczną –  produkowaną lokalnie, ręcznie, w małych wytwórniach i niewielkich ilościach, według tradycyjnych przepisów, a więc z minimalną ilością substancji dodatkowych lub w ogóle bez nich – wcale nie jest przypadkowa. W Niemczech np. aż 40 proc. konsumentów regularnie sięga po produkty ekologiczne. Podobnie jest w krajach skandynawskich. Problem jest tylko jeden – są one, niestety, niekiedy aż 50 proc. droższe od produktów masowych. Ale nawet jeśli nas nie stać na codzienne zakupy w sklepach ze zdrową żywnością, możemy się chronić w inny sposób – unikając zupek gotowych do skonsumowania od razu po zalaniu wrzątkiem, dań które można przygotować w pięć minut, albo produktów ważnych dwa lata.
Ludzie żyjący w wielkich miastach postindustrialnych społeczeństw właściwie przestali gotować w domach. A przecież mają w nich zwykle dobrze wyposażone kuchnie. Jadają „na mieście” (a w restauracjach też stosuje się różne „ulepszacze”), ewentualnie kupują gotowe, zamrożone albo pakowane próżniowo i do tego intensywnie zakonserwowane dania. To błąd. Powinni raczej jak najszybciej wrócić  do zwyczaju gotowania w domu, to znaczy przyrządzania potraw z zakupionych surowców. Staliby się na pewno zdrowsi.

sobota, 9 marca 2013

Inwestycje w łącza szerokopasmowe. Podlasie


100 Mbps dla każdego! 

Polska informatyzuje się za unijne pieniądze



„Inwestycje w łącza szerokopasmowe grają decydującą rolę w popchnięciu globalnej gospodarki na właściwe tory i generowaniu utrzymującego się społecznego i ekonomicznego wzrostu. Podobnie jak kanalizacja, drogi, kolej i elektryczność pełnią one kluczową rolę w rozwoju społeczeństw wszystkich narodowości” – wygląda na to, że ten fragment listu skierowanego przez Komisję Szerokopasmową przy UNESCO do liderów państw G20, wzięli sobie do serca polscy politycy. Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji chce, aby do końca roku wszyscy Polacy mieli dostęp do Internetu. A w planach idących dalej w przyszłość powszechne w użytku mają się stać łącza o prędkościach dochodzących do 100 Mbps. Utopia?
Jeśli chodzi o statystyki przedstawiające obecny stan informatyzacji to Polska jako kraj znajduje się nieco poniżej średniej europejskiej, mamy więc co nadrabiać. I tak, jak na razie tylko 67 % gospodarstw domowych posiada dostęp do szerokopasmowego Internetu (w Unii średnio 72 %, a w Islandii nawet 90 %. Jeszcze gorzej jest w statystyce przedstawiającej penetrację łącz szerokopasmowych (liczba łącz umożliwiających dostęp do szybkiego Internetu na 100 osób). W naszym kraju wskaźnik ten wyniósł równe 16 (średnia UE-27 to 26,5) i był wyższy od wskaźników tylko dla  Rumunii i Bułgarii.
Jak mówi wiceminister administracji i cyfryzacji, Małogorzata Olszewska:
Poszczególne regiony podjęły się bardzo trudnych projektów budowy internetu szerokopasmowego, jak chociażby Program Operacyjny Polski Wschodniej. Myślę, że to taki sztandarowy program naszego kraju, na który też bardzo liczymy, zwłaszcza wszyscy mieszkańcy tych regionów, bo tam zapóźnienie cyfryzacyjne jest jeszcze cały czas dosyć duże.
Jak w wielu badaniach statystycznych różnicujących wyniki zależnie od województwa, tak i w tym widać podział na Polskę „A” i „B”. Najgorsza sytuacja panuje w regionach ściany wschodniej i to właśnie na województwach warmińsko-mazurskim, podlaskim, lubelskim, świętokrzyskim i podkarpackim skoncentruje się Narodowy Plan Szerokopasmowy realizowanych przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji. Jest to największy tego typu projekt w całej Unii, a dofinansowanie na jego realizację może wynieść nawet 1 miliard złotych. Rząd będzie musiał dodatkowo wyłożyć 40 % tej sumy. Są więc dużo pieniądze do wzięcia, byle tylko urzędnicy nie zaspali w kluczowych momentach, gdyż Najwyższa Izba Kontroli informowała w zeszłym roku, że ze względu na ich opieszałość, wzrasta ryzyko zaprzepaszczenia wykorzystania funduszy unijnych.
bilde
Ministerstwo ma także dość duży orzech do zgryzienia związany z nakłonieniem inwestorów do budowy potrzebnej infrastruktury informatycznej, której na wschodzie brak, gdyż tam jest ona ekonomicznie nieopłacalna. W pokonaniu tej trudności mają pomóc doświadczenia portugalskie, z których korzysta MAC. Pokrzepiające jest za to, że w połowie stycznia Bruksela wydała zgodę na realizację Narodowego Planu Szerokopasmowego dla pierwszego województwa, tj. świętokrzyskiego. Pozostałe czekają w kolejce.
Jak uważacie, uda się nam do 2020 roku zaprowadzić powszechny dostęp do łącz o prędkościach sięgających 30 Mbps? Ja, biorąc pod uwagę, że „obecnie tylko 4 % łączy pozwala osiągnąć takie parametry” jestem dość sceptyczny, choć jako rodowy Podlasianin przepełniony nadzieją.