Piotr Czerski
16 marca 2012
Kim są dzieci sieci?
Do analogowych
Dla nas, dzieci sieci,
najważniejszą wartością jest wolność: słowa, dostępu do informacji,
kultury. Potrzebujemy systemu, który by spełniał nasze oczekiwania.
Nie ma chyba drugiego słowa tak wyświechtanego w medialnym dyskursie
jak „pokolenie”. Próbowałem kiedyś policzyć pokolenia proklamowane
w ciągu ostatnich 10 lat, od czasu głośnego tekstu na temat tzw.
Generacji Nic. Było ich bodaj 12. Łączyła je jedna cecha: istniały
wyłącznie na papierze. Rzeczywistość nie dostarczyła nam w tym czasie
żadnego realnego, znaczącego, niedającego się zapomnieć impulsu, którego
wspólne i nieuniknione przeżycie stałoby się czynnikiem odróżniającym
nas trwale od poprzednich generacji.
Wyglądaliśmy go, tymczasem decydująca zmiana przyszła
niepostrzeżenie. Wraz z oplatającymi kraj przewodami telewizji
kablowych, wyparciem telefonów stacjonarnych przez mobilne, a przede
wszystkim: powszechnością dostępu do Internetu. Dopiero dzisiaj, kiedy
oglądamy się, aby spojrzeć na ostatnich 15 lat, możemy zrozumieć, jak
wiele się zmieniło.
My, dzieci sieci, my, którzy dorastaliśmy z Internetem
i w Internecie, jesteśmy pokoleniem, które przyjęte kryteria tego
terminu spełnia niejako na odwrót. Nie doświadczyliśmy impulsu ze strony
rzeczywistości, ale przekształcenia się samej rzeczywistości; nie łączy
nas wspólny, ograniczony kontekst kulturowy, ale poczucie wolności jego
wyboru i samodefinicji.
Pisząc te słowa, mam świadomość nadużycia, jakiego się dopuszczam,
używając zaimka „my” – ponieważ nasze „my” jest płynne, nieostre, wedle
starych kategorii: doraźne. Jeżeli piszę „my”, to znaczy „wielu z nas”
albo „niektórzy z nas”. Jeżeli piszę „jesteśmy”, to znaczy „bywamy”.
Piszę „my” tylko dlatego, żeby móc o nas w ogóle napisać.
My żyjemy w sieci
Dorastaliśmy z siecią. To nas odróżnia, to czyni nieoczywistą
z waszej perspektywy, ale istotną różnicę: my nie surfujemy, a sieć nie
jest dla nas miejscem czy wirtualną przestrzenią. Sieć nie jest dla nas
czymś zewnętrznym wobec rzeczywistości, ale jej elementem. My nie
korzystamy z sieci, my w niej i z nią żyjemy. Gdybyśmy mieli opowiedzieć
wam, analogowym, nasz
Bildungsroman: w każdym kształtującym
nas doświadczeniu istniał naturalny pierwiastek internetowy. W sieci
nawiązywaliśmy przyjaźnie i kłóciliśmy się, w sieci przygotowywaliśmy
ściągi, tam umawialiśmy się na imprezy i wspólną naukę, zakochiwaliśmy
się i rozstawaliśmy. Sieć nie jest dla nas technologią, której
musieliśmy się nauczyć i w której udało nam się odnaleźć. Sieć jest
procesem, który dzieje się i nieustannie przekształca na naszych oczach;
z nami i przez nas. Technologie pojawiają się, a potem znikają, serwisy
powstają i gasną, ale sieć trwa, bo sieć to my: komunikujący się ze
sobą w naturalny dla nas sposób, bardziej intensywny i wydajny niż
kiedykolwiek w historii ludzkości.
Wychowani w sieci myślimy trochę inaczej. Umiejętność znajdowania
informacji jest dla nas czymś równie podstawowym jak dla was umiejętność
odnalezienia w obcym mieście dworca albo poczty. Kiedy chcemy się
czegoś dowiedzieć – jakie są pierwsze objawy ospy czy rachunek za wodę
nie jest za wysoki albo dlaczego zatonęła „Estonia” – podejmujemy
działania z taką pewnością, z jaką prowadzi się samochód wyposażony
w nawigację GPS.
Wiemy, że potrzebne nam informacje znajdziemy w wielu miejscach,
umiemy do nich dotrzeć, potrafimy ocenić ich wiarygodność. Przywykliśmy
do tego, że zamiast jednej odpowiedzi znajdujemy wiele różnych i umiemy
wyabstrahować z nich wersję, która jest prawdopodobnie najsłuszniejsza,
odrzucając te, które sprawiają wrażenie mało wiarygodnych.
Selekcjonujemy, filtrujemy, zapamiętujemy i jesteśmy gotowi wymienić
zapamiętaną informację, kiedy pojawi się jej nowa, lepsza wersja.
Sieć jest dla nas czymś w rodzaju wspólnej pamięci zewnętrznej. Nie
musimy zapamiętywać niepotrzebnych detali: dat, kwot, wzorów,
paragrafów, nazw ulic, szczegółowych definicji. Wystarczy nam abstrakt,
informacja ograniczona do swojej esencji, przydatnej w jej przetwarzaniu
i łączeniu z innymi informacjami. Jeżeli będziemy potrzebowali
szczegółów, sprawdzimy je w ciągu kilku sekund. Nie musimy także znać
się na wszystkim, bo wiemy, gdzie odnaleźć ludzi, którzy znają się na
tym, na czym my się nie znamy, i którym możemy zaufać. Ludzi, którzy
podzielą się posiadanymi informacjami nie dla zysku, ale ze wspólnego
dla nas wszystkich przekonania, że informacja chce być wolna, że na
wymianie informacji wszyscy korzystamy.
Potrafimy i lubimy ze sobą konkurować, ale nasza konkurencja,
pragnienie wyróżnienia się ufundowane są na wiedzy, umiejętności
interpretowania i przetwarzania informacji, a nie na monopolu na nią.
Możemy płacić, ale...
Uczestniczenie w kulturze nie jest dla nas czymś odświętnym. Globalna
kultura to podstawowy budulec naszej tożsamości, ważniejszy dla
samodefinicji niż tradycje, narracje historyczne, status społeczny,
pochodzenie, a nawet język. Z oceanu dóbr kultury wyławiamy te, które
odpowiadają nam najbardziej – wchodzimy z nimi w dialog, oceniamy je,
zapisujemy te oceny w specjalnie do tego celu stworzonych serwisach,
które podpowiadają nam, jakie inne albumy, filmy czy gry powinny zyskać
nasze uznanie. Niektóre filmy czy wideoklipy oglądamy jednocześnie
z kolegami z pracy albo znajomymi z drugiej półkuli, uznanie dla innych
dzielimy z garstką ludzi, których być może nigdy nie spotkamy w świecie
rzeczywistym. Stąd wynika nasze poczucie jednoczesnej globalizacji
i indywidualizacji kultury. Stąd wynika nasza potrzeba swobodnego
dostępu do niej.
Nie oznacza to, że domagamy się, żeby wszystkie dobra kultury były
dostępne za darmo, chociaż sami, tworząc coś, zwykle zwracamy to po
prostu obiegowi. Rozumiemy, że – mimo rozpowszechnienia się technologii
sprawiających, że jakość filmów czy nagrań dźwiękowych, zarezerwowana
dotąd dla wyróżnionej kasty profesjonalistów, stała się dostępna dla
każdego – twórczość wymaga nakładów środków i pracy. Jesteśmy gotowi
płacić, ale gigantyczny narzut nakładany przez dystrybutorów wydaje nam
się czymś w oczywisty sposób nieprzystającym.
Dlaczego mielibyśmy płacić za dystrybucję informacji, którą można
błyskawicznie i perfekcyjnie skopiować, nie zmniejszając przy tym ani na
jotę wartości oryginału? Jeżeli dostajemy samą tylko informację,
chcemy, aby cena była do niej adekwatna. Możemy płacić więcej, ale
chcemy otrzymać wówczas wartość dodatkową: ciekawe opakowanie, gadżet,
wyższą jakość obrazu, możliwość rozpoczęcia oglądania tu i teraz, bez
oczekiwania na pobranie pliku. Potrafimy wyrażać uznanie i chcemy
wynagradzać autorów (kiedy pieniądze przestały być banknotami, a stały
się szeregiem cyfr wyświetlanych na ekranie, płacenie nabrało nieco
charakteru aktu wymiany symbolicznej, na którym obie strony coś
zyskują), ale osiągnięcie przez korporacje wyników założonych w planach
sprzedaży zupełnie nas nie interesuje. To nie nasza wina, że ich biznes
w dotychczasowym kształcie przestał mieć sens, a oni, zamiast podjąć
konkurencję i dotrzeć do nas z czymś więcej, niż możemy mieć za darmo,
postanowili okopać się na dotychczasowych pozycjach.
I jeszcze jedno: nie chcemy płacić za swoje wspomnienia. Filmy, które
pamiętamy z młodości, muzyka, która towarzyszyła nam 10 lat temu,
w sieciowej pamięci są po prostu wspomnieniami, których przywoływanie,
wymiana i przetwarzanie jest dla nas czymś tak oczywistym jak dla was
wspominanie „Czterech pancernych”. Bajki, które oglądaliśmy
w dzieciństwie, odnajdujemy w sieci i pokazujemy naszym dzieciom – tak
samo jak wy opowiadaliście nam bajkę o Czerwonym Kapturku albo trzech
koźlątkach. Czy potraficie sobie wyobrazić, że ktoś oskarżyłby was
kiedyś z tego powodu o łamanie prawa? My też nie potrafimy.
Nie potrzebujemy pomników
Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nasze rachunki płacą się same,
jeśli tylko dysponujemy środkami na koncie; że założenie konta bankowego
albo przeniesienie numeru telefonu do innego operatora to kwestia
wypełnienia jednego formularza online i podpisu na umowie podsuniętej
przez kuriera; że nawet podróż na drugi koniec Europy,
z międzylądowaniem i zwiedzaniem miasta w połowie drogi, można
zorganizować w dwie godziny. Jako użytkownicy państwa jesteśmy więc
coraz bardziej zirytowani archaicznością jego interfejsu. Nie rozumiemy,
dlaczego zeznanie podatkowe składa się z kilku formularzy, z których
główny ma ponad sto pól. Nie rozumiemy, dlaczego – absurdalny sam
w sobie – obowiązek zameldowania się w jednym miejscu wymaga uprzedniego
wymeldowania się w innym, jak gdyby jeden urząd nie mógł porozumieć się
w tej sprawie z drugim bez naszego udziału.
Nie ma w nas tej wynikającej z onieśmielenia pokornej akceptacji,
jaka cechowała naszych rodziców, przekonanych o nadzwyczajnej wadze
spraw urzędowych i odświętnym charakterze interakcji z państwem. Nie
czujemy tego respektu, który brał się z odległości między samotnym
obywatelem a majestatycznymi szczytami władzy. Nasza wizja struktury
społecznej jest zresztą inna niż wasza: sieciowa, a nie hierarchiczna.
Przywykliśmy do tego, że niemal z każdym – dziennikarzem, burmistrzem
miasta, profesorem uniwersytetu albo znanym piosenkarzem – możemy
spróbować podjąć dialog i nie potrzebujemy do tego uprawnień
wynikających ze społecznego statusu. Powodzenie interakcji zależy tylko
od tego, czy treść przesyłanego komunikatu zostanie rozpoznana jako
ważna i warta odpowiedzi. A skoro dzięki współpracy, ciągłej dyskusji,
hartowaniu poglądów w ogniu krytyki mamy poczucie, że nasze stanowiska
w wielu kwestiach są po prostu lepsze, dlaczego nie mielibyśmy oczekiwać
poważnego dialogu z rządem?
Jesteśmy pozbawieni nabożnego stosunku do „instytucji
demokratycznych” w ich obecnym kształcie, przekonania o ich
aksjomatycznej roli, cechującego tych, dla których „instytucje
demokratyczne” są jednocześnie wystawionym sobie i przez siebie
pomnikiem. My nie potrzebujemy pomników. Potrzebujemy systemu, który
będzie spełniał nasze oczekiwania: będzie transparentny i sprawny
w działaniu. A przywykliśmy do tego, że zmiany są możliwe: że każdy
system niewygodny w obsłudze może być zastąpiony przez bardziej wydajny,
lepiej dostosowany do naszych potrzeb, dający większe możliwości
działania.
Najważniejszą dla nas wartością jest wolność: słowa, dostępu do
informacji, kultury. Mamy poczucie, że to dzięki tej wolności sieć jest
tym, czym jest, i że obrona jej wolnościowego kształtu jest naszym
obowiązkiem wobec kolejnych pokoleń, takim samym jak ochrona środowiska
naturalnego.
Być może nie nazwaliśmy tego dotąd, być może jeszcze sami nie zdajemy
sobie z tego sprawy, ale tym, czego chcemy, jest chyba po prostu
prawdziwa, realna demokracja. Demokracja, o której być może nie śniło
się nawet waszym publicystom.
Tekst na licencji CC BY-SA 3.0
Piotr Czerski (rocznik 1981) – pisarz, felietonista
związany z kwartalnikiem „Ha!art”, współzałożyciel zespołu Towary
Zastępcze, autor książek „pospieszne, osobowe” i „Ojciec odchodzi”.